Tel: 660 765 705 lub 42 670 75 62 e-mail: gino6@op.pl
zabytki łodzi

Opowiadania o Łodzi

Andrzej Maciejczyk Z PAMIĘTNIKA KONIA FAMILII SCHEIBLER
zapiski znalezione w lecznicy miejskiej Warrikoff
ulica Milscha w mieście Łodzia

Z pamiętnika konia - nagr. PR Łódź
Kronika rodzinna familii Scheibler - nagr. PR Łódź

Rycerzyk z Janowa - nagr. I pr. PR


Aha, o czym to ja miałem mówić, zapomniałem. O Wigilii.

Ja, Prinz von Homburg, koń czystej rasy hanowerskiej, zawsze byłem u rodziny Scheibler, nieopodal Akwizygranu. Wszyscy myślą, że jestem zwyczajnym koniem a szczególnie, ta łódzka, końska hołota, ale to nie prawda. Scheiblerowie, to rodzina fabrykantów. Mój dziad, pracował u dziada Karola Wilhelma a ojciec u ojca. Razem, brnęliśmy przez błota Niderlandów, winnice słonecznej Francji a nasze szlachetne kopyta stukały w kamienne bruki, mglistego Londynu czy cesarskiego Wiednia. W nieustannych rozjazdach, czas się niemiłosiernie dłużył. Mój pan, nieraz, głośno się zastanawiał- Ile kupić przędzy ? Jak ustawić krosna ?. Czy w okolicy jest folusz, blich ? A jaka woda ?. Czy rzemieślnicy są dobrego sprawowania ? Czy nie ma rozruchów wśród pospólstwa ?. Dla nas, fabrykantów, są to sprawy o kapitalnym znaczeniu. Często, mój pan się pytał- No jak Prinz, mój wierny druhu, jak myślisz dobrze robię ? A ja, po chwili zastanowienia, kiwałem głową – Tak, tak, albo odpędzałem złe pomysły ogonem. Koń by się uśmiał, ktoś naiwny powie . Zdradzę wam, nasz fabrykancki sekret. Największy wysiłek jest, nie wtedy, gdy stawia się mury fabryki, czy ustawia krosna ale wcześniej. Na etapie koncepcji, w głowie. A moja jest większa.

A teraz, sprowadzając się do tej podłej dziury Łodzia, po raz pierwszy, mnie nie posłuchał. A co to, za towarzystwo dla mnie, zachodniego Europejczyka. Taki łódzki wałach, jeden z drugim ledwo oderwał się od pługa a już szczerzy zęby i rozpycha się w stajni. Kto pierwszy u żłoba. A wyobraźni, ma tyle,żeby chodzić w Stejnertowskim kołowrocie. Znajomość obcych języków żadna.

O czym, to miałem mówić, aha o Wigilii. Był to najważniejszy dzień w roku. Pan schodził do nas, z miseczką szampana dla mnie i kostkami cukru dla żony i synka. Rozmawialiśmy o interesach, pan pokazywał księgi handlowe. Jak byliśmy na plusie, to radość a jak na minusie, trudno, za rok będzie lepiej. Normalne, w tym naszym, fabrykanckim życiu. Owszem, przyznaję Karol Wilhelm miał innych doradców. Uczonych jurystów, rejentów. Ale co taki pismak, jeden z drugim wie o prowadzeniu wielkiej firmy. Siedzi taki w kantorze, gryzmoląc coś w rejestrach, więcej myśląc o scheiblerowskich rubelkach. I dlatego, w Wigilię, miałem z panem dłuższą rozmowę. Jak wiecie, w tym dniu, wszystkie zwierzęta mówią ludzkim głosem. Kto, lepiej ode mnie, wie czy przy załadunku bawełny nie oszukali pana. Ja, to od razu, czułem, na swoim szlachetnym grzbiecie. I z miejsca, się nie ruszyłem. Niejeden, carski papierek wrócił do pugilaresu Karola Wilhelma. Albo, jak w stajni kontrahenta nie dali mi owsa a tylko oszukane siano. Mój pan, wracał, niby to za potrzebą i pytał – No Prinz a jak Cię tu uszanowali ? A jak zobaczył, to nędzne siano, to od razu kazał zaprzęgać. Jak, ktoś oszukuje zwierzęta, to człowieka też oszuka.

No i w tą Wigilię, zawsze z moją żoną, Princessą von Hohenfelde, wstawaliśmy wcześniej. Odgarniałem kopytami ściółkę a żona czyściła pyszczkiem synkowi grzywę. Nie muszę nadmieniać, że moi tzw. koledzy- łodzianie gnuśnie leżeli w swoich barłogach, ordynarnie chrapiąc.

Nie powiem, pan uszanował mnie w tym dniu. Do wożenia bawełny rolwagą, wziął kogoś z łódzkiej hałastry. A mnie, zaprzągł do saneczek i pomknęliśmy z dziećmi Karola Wilhelma na miasto. Zdziwiłem się, że nie skręciliśmy w Rokicińską Szosę ale pomknęliśmy Targową. Z domów familijnych wyszli robotnicy zdejmując kaszkiety- Przynajmniej Ci mnie szanują - pomyślałem.

U zbiegu Widzewskiej i Dzikiej, na wysokim nasypie, stała grupa kolejarzy i czarny, buchający ze stalowych nozdrzy potwór. Następny łodzianin. Nagle, przeraźliwie gwizdnął. Zwyczajny, łódzki koń by się spłoszył, przewrócił sanki, stratował dzieci ale nie ja, Prinz von Homburg. Drgnęło, moje końskie, czułe serce, wzburzyła błękitna krew. Skamieniały ze strachu, słuchałem jego pogróżek, przerywanych kłębami i sykiem pary: To ja pojadę do Tambowa, do Saratowa, do Pskowa. To na mnie, wsiądą fabrykanci i spekulanci. A ty do rzeźni, -eźni, -eźni.

Tak, koło Stodolnianej i browaru Geilicha jest rzeźnia. Stosy białych kości, skrzętnie obgryzionych przez psy i wrony. Smród nie do wytrzymania, zawsze odwracałem głowę, aby nie widzieć powiewających na wietrze końskich der.

A więc, to taki los mi zgotował ten zdrajca, ten handlarzyna łódzkich perkalików. To ja, Prinz von Homburg mam zgnić wśród krowiego łajna i zwyczajnych świń.

Smutno powlokłem się do domu. Ale, czy tą ruderę, pełną łódzkiej hołoty można nazwać domem. Nawet nie zauważyłem, że mój pan, nie skręcił do domu ale pojechał oglądać Księży Młyn. Mnie, widok ośnieżonych pól, stawu, spalonej fabryki nie interesował, a na pewno nie dzisiaj. Grosza zrozumienia dla mojego, końskiego nieszczęścia.

Moja żona, Princessa von Hohenfelde, od razu zrozumiała, że stało się coś strasznego. Położyła się obok mnie, grzejąc swoim ciałem i oddechem. Tylko Prinz-Junior, nie rozumiał grozy sytuacji, podskakiwał na cienkich nóżkach, kręcąc łebkiem, dlaczego rodzice są tacy smutni i nie chcą się z nim bawić. Usnąłem, nie zważając na grubiańskie śmiechy łodzian.

Obudziłem się z jaśniejszym umysłem. Przez owalne okienko, zobaczyłem ostry sierp księżyca i gwiazdy na granatowym niebie. Ta najjaśniejsza, świeci nad moim prawdziwym domem, cesarskim Akwizygranem. Tu, w kamiennym grobowcu śpi Karol Wielki, twórca Europy. Obok, w słonecznych ogrodach spoczywają kości moich przodków walczących pod Azincourt i Hastings. Wspomniany szczęk broni, bojowe rżenie wujów, wzburzyły moją królewską krew i grzywę . Byle do pruskiej granicy, dalej, się dogadam w jakimś cywilizowanym języku. Nie będę gnił, wśród tych dzikich pól i stepów. No, dalej Prinz, to takie łatwe. Twój dziad, nieraz wzniesionymi kopytami rozbijał szeregi i czaszki Saracenów unosząc Rolanda, nad murem wzniesionych oszczepów. A to, tylko, zwykłe, drewniane drzwi, tego sprzedawczyka Scheiblera. Łodzianin.

Zacząłem walić kopytami,coraz głośniej. Chrapy zadrżały. Oczy zaczęły rzucać błyski. Ja Azincourt. Ja Roland. Ja Hastings. Ja Karol Wielki. Za mną stanęła moja Princessa, Prinz-Junior. Ein, zwei...

Nagle, otworzyły się drzwi i na tle rozgwieżdżonego nieba zamajaczyły czyjeś sylwetki. Karol Wilhem z rodziną . Ten zdrajca. Przecież, między nami wszystko skończone. A on się uśmiechnął i powiedział: Prinz. Mój wierny druhu. Dzisiaj kupiłem folwark na Księżym Młynie. Krowy, owce, sady pełne czerwonych jabłek, długie zagony kapusty i grochu. Dużo świeżej, zielonej trawy i szemrzący strumień. Ktoś zaufany, musi tego przypilnować, rzucić gospodarskim okiem. Podejmiesz się tego?

Spakowaliśmy się bez słowa. Czas był najwyższy. W stajni smród nie do wytrzymania, moi „ koledzy- łodzianie”, palą trawę.

Objaśnienia

winnice słonecznej Francji ...- dziad Karola Wilhelma był dużym przedsiębiorcą w XVIII wiecznej Europie, zatrudniał kilka tysięcy nakładców, przerabiał tzw. meryno

Warikoff-lecznica zwierząt przy obecnej ulicy Kopernika, charakterystyczny posąg konia na dachu, wspomniany przez J.Tuwima w Kwiatach Polskich.

Stajnertowskim kołowrocie- fabrykant, późniejszy sąsiad Scheiblera na ul.Piotrkowskiej. Używał, początkowo koni do napędu maszyn.

KONTAKT

Andrzej Maciejczyk - licencjonowany przewodnik miejski po Łodzi

Tel: 660 765 705 lub 42 670 75 62, E-Mail: gino6@op.pl

92-434 Łódź, ul. Maćka z Bogdańca 5

Strona internetowa "www.przewodnik-lodz.pl" zostawia pliki cookies na Twoim komputerze w celu zbierania statystyk odwiedzin. Możesz zmienić ustawienia dotyczące magazynowania plików cookies w ustawieniach Twojej przeglądarki stron. X